Panna dspard poszła
„Panna dspard poszła za nim. Znalazła oczekującego ją pana Fleminga, znów mu była potrzebną, znów w najwyższym stopniu nieodzowną, jej pielęgnacja — niezbędną. Ależ oczywiście, że mu coś było, p. Fleming zachowywał się z widocznym niepokojem, on — który zazwyczaj miał tak piękne ułożenie i był hrabią, dziś całkiem inną przybierał posturę, bardzo mu była potrzebna zachęta.
Wstąpili na schody i weszli do pokoju pana Fleminga, który powiedział — Nic to takiego, tylko znów zły dzień.
— Jeszcze pan nie dość silny, — tłomaczyła go panna.
— Tak. — I p. Fleming chwyta się nerwowo za kieszeń na piersiach i mówi — Widzi pani, na wypadek, gdyby się co zdarzyć miało, to czy tamto, — nigdy przewidzieć tego nie można —
— Niech pan tylko wyzdrowieje.
— Nie chodzi o to, że umrę. Owszem, i o to również. Czy może pani sobie wyobrazić, jak małą chęć mam umrzeć Mógłbym oddać się w niewolę, aby zachować życie, mógłbym zabić, aby mi wolno było zachować życie. Ale teraz nie o to chodzi. To jest, owszem, o to. Gadam bez związku, ale chodzi o to. Jeśli mnie nagle uwiężą, to ja umrę.
Panna dEspard jest nieco w zamieszaniu i odpowiada — Ależ pana nikt nie uwięzi. Co to za brednie!
— Otrzymałem na dole przestrogę. Ano, rzecz w tem, że posiadam nietylko i wyłącznie przyjaciół, kilku nieprzyjaciół ze stron rodzinnych śledzi za mną. Czy mogę mówić z panią otwarcie“(14)